Tag Archive for publikacja

Biblioteka jako bezpieczny azyl

Biblioteka to nie tylko miejsce spotkania z książkami. Już nie. Zmieniające się czasy sprawiają, że staje się także miejscem do dyskusji o sprawach lokalnych – obszarem aktywności obywatelskiej. Co jak co, ale biblioteki łączą wszystkich: dzieci, seniorów, osoby pracujące i bezrobotne, etc. – przekrój przez całe społeczeństwo. Dlatego jest to idealne miejsce do rozmowy o zmianach, planach, problemach i potrzebach mieszkańców. Zaangażowanie się w projekt Bibliocamp pozwoliło mi jeszcze wyraźniej dostrzec redefinicję bibliotek, otwarcie się ich nie tylko na nowe technologie, ale także na (szeroko pojętą) społeczną działalność. To już nie tylko spotkania autorskie z pisarzami, ale także aktywizowanie otoczenia do działania na rzecz innych i nas samych.

„W ramach projektu 22 biblioteki z terenu całej Polski organizowały spotkania, debaty i konsultacje z mieszkańcami. W zależności od potrzeb dyskutowano w bibliotekach m.in. o sprawach zagospodarowania przestrzeni, ofercie biblioteki i innych instytucji gminnych, potrzebach młodzieży, seniorów, matek z dziećmi, a także o problemach osób bezrobotnych i wielu innych ważnych dla gminy zagadnieniach. Biblioteki pełniły rolę bezpiecznych i neutralnych miejsc spotkań władz lokalnych z mieszkańcami – ułatwiały dostęp do niezbędnych informacji, wspierały prowadzenie racjonalnych, rzeczowych dyskusji i podejmowanie świadomych decyzji.”

konsultacje_publiczne_w_bibliotece_publicznej

Tutaj można zapoznać się z publikacją przygotowaną przez Fundację Civis Polonus.

Więcej o projekcie na: http://www.civispolonus.org.pl/o-projekcie/296

Kultura bez pośredników – Sławomir Czarnecki

Możesz wydać książkę sam, bez pukania do drzwi wydawnictwa. Możesz założyć blog i zdobyć więcej czytelników niż polskie czasopisma literackie razem wzięte kiedykolwiek pozyskają. Możesz coraz więcej. Wydawcy, Krytycy i Tradycyjne Media zdają się tracić na znaczeniu. Czyżby ziścił się sen o kulturze bez pośredników, w której nic nie stoi na drodze od twórcy do odbiorcy?

Nie całkiem. Starych pośredników zastępują nowi, nie tak niewinni i przezroczystości jak byśmy chcieli. Pośrednicy, czyli z jednej strony ci, dzięki którym kultura do nas trafia – dystrybutorzy, z drugiej nasze źródła wiedzy o tym, co jest godne uwagi, a co należy omijać z daleka. Mamy zatem platformy internetowe, które rządzą się prawem wielkiej liczby, gdzie to, co zobaczyliśmy o 12.00, o 12.50 jest już bardzo stare, serwisy społecznościowe i e-sklepy, gdzie możemy zobaczyć, co polecają nam nasi znajomi i ludzie o podobnych gustach, i właściwie już tylko to możemy zobaczyć, bo całą pracę wykonuje za nas algorytm.

Nie chciałbym serwować tu kolejnej dyskusji w konwencji „Internet: szansa czy zagrożenie?”. Za bardzo przypominają one bowiem debaty o młodzieży. Wiadomo przecież, że dzisiejsza młodzież to nie to, co kiedyś (i teksty piosenek też są gorsze). Wiadomo też, że już starożytni na młodzież swoich czasów narzekali.

Unikając tych pułapek zgodzimy się zapewne co do tego, że na naszych oczach zachodzą gwałtowne zmiany i nie wiemy, gdzie nas one zaprowadzą. Jednego dnia słucham debaty, na której nieprzejednani krytycy nowych mediów mówią o grafomańskich blogerach-amatorach, którzy odbierają chleb dziennikarzom. Drugiego czytam blog, którego autor oświadcza ekstatycznie, że wszyscy jesteśmy artystami.

Zmieniają się technologie i modele biznesowe. Jak uchwycić przemiany, którym podlegamy ? Warto na nie spojrzeć przywołując kategorie zaufania i autorytetu. Dzięki nim łatwiej będzie zrozumieć jak to możliwe, że polegamy na opinii osób, które niekoniecznie zdobyły wykształcenie w danej dziedzinie i nie są zatrudnione przez żadną instytucję, która potwierdzałaby ich kompetencje. Nie dziennikarz, nie krytyk, a jednak czytamy jego recenzje książek, filmów. Tak po prostu. Jesteśmy nawet zdolni do powierzenia pieniędzy komuś, kto ogłosił w internecie, że ma pomysł na dobrą książkę i zbiera na to fundusze.

Autorytet może być sankcjonowany. To autorytet szefa, którego słuchamy, bo jest szefem. Wykształconego krytyka, który pracuje w redakcji opiniotwórczego tygodnika z długimi tradycjami. Przeszedł weryfikację, zajmuje wysokie stanowisko – to przede wszystkim sprawia, że liczymy się z jego zdaniem.

Jest też autorytet niesankcjonowany, autorytet znawcy. Może istnieć bez potwierdzenia swoich kompetencji przez instytucje. Uznajemy, że ma wiedzę i doświadczenie, więc go słuchamy.

Jeden typ autorytetu nie zastępuje drugiego, ale zmieniają się proporcje. Wcześniej przeważały autorytety sankcjonowane, dzisiaj te oparte głównie na znawstwie. Za dziennikarzem stały jego kompetencje i redakcja – instytucja. Za blogerem przemawiają tylko jego kompetencje. Blogera, dziennikarza obywatelskiego, nie pytamy o certyfikaty. Zmienia się to, na jakiej podstawie pokładamy w kimś zaufanie. Kiedyś można było zdać się na Wydawców, Krytyków i Tradycyjne Media. Teraz ciężar weryfikacji leży głównie po naszej stronie, co nie jest komfortowe i wymaga wysiłku. Tym łatwiej ulec pokusie bezrefleksyjnego polegania na nowych pośrednikach, chociaż coraz więcej przemawia za tym, żeby traktować ich z podejrzliwością.

W świecie kultury bez pośredników raczej nie obudzimy się ani jutro, ani pojutrze. Za to korzystać z większej samodzielności w wybieraniu sobie tych, którym chcemy zaufać, możemy już dziś. O ile oczywiście poświęcimy na to swój czas i uwagę. Inaczej pozostanie nam sięgnąć po leżącą na półce na wyciągnięcie ręki gazetę lub pierwszy wynik w wyszukiwarce.

*W tekście nawiązuję do analizy pojęcia „autorytet” przeprowadzonej przez Józefa M. Bocheńskiego

widownia1

Sławomir Czarnecki – manager kultury, filozof, autor bloga widownia. Koordynator programów Obserwatorium Kultury i MediaLab w Instytucie Kultury Miejskiej. Na blogu pisze o polityce kulturalnej, relacjach kultury wysokiej i popularnej oraz nowych mediach w kulturze. www.widowniablog.pl

Ten i więcej artykułów znajdziecie w publikacji „BiblioCamp, blogi, książki, ludzie”. Wydanie udostępnione jest na licencji CC-BY-SA 3.0 Polska (creative commons – uznanie autorstwa – na tych samych warunkach), za wyjątkiem zamieszczonych w niej fotografii. Teksty można kopiować i rozpowszechniać na blogach i portalach internetowych pod warunkiem podania informacji o autorze i wydawcy.

fot. Jarek Orłowski

 

Sprawdzone sposoby – Tomasz Nadolny

Można śmiało wymienić kilka zasad, które sprawią, że pewne blogi czytane są chętniej od innych.

Pierwsza to regularność pisania, a co za tym idzie wyrabianie nawyku stałego zaglądania na bloga przez czytelników.

Drugą  to sposób budowania treści, który musi być łatwa do czytania, podzielona na krótkie bloki, najlepiej ubarwiane materiałem graficznym.

Trzecią zasadą jest dostępność treści przez urządzenia mobilne. Bywają już blogi, których czytelnicy odwiedzający je przez tablet, smartphon stanowią większość.  Uniemożliwienie takiego czytania przez niedostosowanie bloga może mocno ograniczyć czytelnictwo.

Czwarta zasada to szacunek dla  czytelników i interakcja z nimi. Są blogi, które słyną z kontrowersyjności, inne z solidności, gruntownej znajomości  tematu. Nie oceniając, która strategia przynosi korzyści, na dłuższą metę sugerowałbym położenie akcentu na wyróżnienie jakiejś ważnej cechy blogera. Konsekwentne budowanie swojej marki w oparciu o wyróżnik jest bowiem istotne. Możemy się wyróżniać bezkompromisową walką o dostęp do informacji publicznej oraz traktowanie serio praw obywatelskich przez instytucje publiczne, co  na przykład od lat wyróżnia blogera o pseudonimie Vagla. Może to być podążanie za najnowszymi trendami mody. Ważne, aby czymś się wyróżniać od setek tysięcy innych blogów i konsekwentnie podążać w tym kierunku. Prędzej lub później czytelnicy to docenią.

Piątą zasadą jest mobilizacja. Wielką popularność przynosi zaangażowanie, w tej czy innej ważnej sprawie społecznej, a blogi stały się fantastycznym narzędziem do popularyzacji takich idei. Przemiany w mieście, dzielnicy, zmiana losu zwierząt, popularyzacja świadomości ekologicznej, czy walka o to, aby 6-latki nie poszły do szkoły – większość tych tematów zaczęła przebijać się do szerszej świadomości społecznej właśnie poprzez blogi.

Szósta zasad brzmi. Nie kłam. Nie kradnij. Nie kopiuj. Wszystkie te praktyki można łatwo zdemaskować i wykryć, jeśli więc ktoś myśli poważnie o swojej blogowej twórczości, nie powinien jej opierać na kradzionych pomysłach, zdjęciach, na łamaniu zasad prawa autorskiego, czy podstawowych reguł życia społecznego, takich jak wzajemność.

Osobnym zagadnieniem mogłaby być ocena jakości treści osadzonych blogosferze. Moim zdaniem w dłuższej perspektywie sprawdza się dobra treść, która jest aktualna i podsuwana przez Google, nawet kilka lat po jej stworzeniu.

fot .A.WittTomasz Nadolny – doradca, a jednocześnie miłośnik nowych mediów, marketingu internetowego oraz ePR. Zawodowo związany był  z Agencją Projekt PR. Obecnie pracownik Urzędu Miejskiego w Gdańsku, zaś pozazawodowo  związany z Fundacją Projekt : Kultura.  Doświadczony trener, popularyzator wiedzy na temat promocji w internecie, prowadził liczne szkolenia w zakresie skutecznych strategii e-marketingowych. www.projektkultura.org

 

 

fot. Arlena Witt

 

Ten i więcej artykułów znajdziecie w publikacji „BiblioCamp, blogi, książki, ludzie”. Wydanie udostępnione jest na licencji CC-BY-SA 3.0 Polska (creative commons – uznanie autorstwa – na tych samych warunkach), za wyjątkiem zamieszczonych w niej fotografii. Teksty można kopiować i rozpowszechniać na blogach i portalach internetowych pod warunkiem podania informacji o autorze i wydawcy.

Pięć filarów dobrego bloga – Ana Matusevic

Każdego dnia o moją uwagę walczą tysiące blogów. Potrzebowalibyśmy kilku żyć, żeby je wszystkie przejrzeć, a co dopiero regularnie czytać! Zresztą, czy warto tracić czas na blogi, które nie chcą być czytane? Na dobry blog składa się pięć filarów: jego autor, słowo pisane, pomysł na blogowanie, społeczność bloga i kwestie techniczne.

Anonimowość jest zgubna

Niektórzy blogerzy uważają, że anonimowość w internecie jest cnotą. A nie jest! Nie chcę wiedzieć, co myślą przypadkowi przechodnie. Nie przejmuję się uwagami nieznanych mi ludzi. Zależy mi na opinii tych osób, które udało się poznać bliżej. Poza tym lubię wiedzieć komu zawdzięczam literackie odkrycia.

Precz z obiektywnością !

Lubię czytać blogi, bo są subiektywne, często niepoprawne politycznie, prezentują świeże spojrzenie i inspirują. Blogi o książkach nie są wyjątkiem – chcę wiedzieć, co bloger myśli naprawdę.

Poprawność gramatyczna i językowa

Rzecz oczywista, jednak nie przez wszystkich przestrzegana. Nawet notki pisane w afekcie warto przeczytać raz i drugi, odpowiednio zredagować i dopiero wtedy opublikować. Z szacunku do swoich czytelników, bloger nie powinien ich męczyć niezrozumiałą składnią oraz farmą błędów gramatycznych.

W dobrym stylu

Bloger może pisać lekko i dowcipnie, może używać trudnych słów albo zdradzać zacięcie naukowe. Ważne, żeby robił to w sobie charakterystycznym stylu, dla którego będę regularnie wracać po więcej.

Wyróżnij się !

To jak przebieranie ziaren grochu – tyle blogów, a każdy… taki sam. Z przyjemnością wracam do tych blogerów, którzy mają pomysł na siebie. Niektórzy stawiają na różnorodność tematów (recenzje, relacje z wydarzeń, wywiady), inni na wąski zakres tematyczny lub oryginalny motyw przewodni strony. Pomysłów może być całe mnóstwo.

Regularna dostawa nowych treści

To jest to, co lubimy najbardziej. Mniej istotne jest, czy nowe notki pojawiają się codziennie, czy w każdy wtorek – wiem, kiedy mam wejść na bloga w poszukiwaniu nowych doznań intelektualnych.

Follow me

Nie każdy musi brylować na salonach mediów społecznościowych. I choć blog skupia wokół siebie społeczność stałych czytelników, ci mniej zdyscyplinowani powinni mieć możliwość śledzenia nowych postów: poprzez subskrypcję mailową, czytnik RSS, facebook, twitter… Pomysłów jest wiele. A istnienie chociaż jednego ze wspomnianych narzędzi jest oznaką dbałości o czytelnika.

Chcę zostawić komcia !

Istota blogu zakłada możliwość dyskusji. Jeżeli autor tego nie przewidział, najprawdopodobniej nie chce wiedzieć, co mam do powiedzenia.

Czytelność

Jasne litery na ciemnym tle. Migające i śpiewające dodatki oraz deszcz złotego brokatu. Oczy odmawiają posłuszeństwa już po krótkiej chwili, a elementarne poczucie smaku coraz dobitniej domaga się antidotum. W trosce o zdrowie czytelników autor blogu powinien zadbać o przejrzysty layout strony, intuicyjną nawigację oraz przyjazną dla oka czcionkę.

Mobile

Mobilna wersja strony to nie fanaberia, lecz standard. Ulubiony bloger dodał nową notkę? Przeczytałam ją w drodze do pracy lub pięć minut przed snem – na małym ekranie blog powinien szybko się ładować i pozostawać czytelny. Na koniec: diabeł tkwi w szczegółach! Również tych, które trudno ubrać w słowa.

ana

Ana Matusevic – tłumaczka z zawodu, blogerka z zamiłowania. Miłośniczka literatury faktu i oddolnych oraz nieszablonowych inicjatyw kulturalnych. Uważa, że nadszedł najwyższy czas, aby wykorzystać potencjał blogosfery. Współautorka blogu Misja: K.S.I.Ą.Ż.K.A., wyróżnionego na Blog forum Gdańsk 2012.

www.misja-ksiazka.pl

Ten i więcej artykułów znajdziecie wpublikacji „BiblioCamp, blogi, książki, ludzie”. Wydanie udostępnione jest na licencji CC-BY-SA 3.0 Polska (creative commons – uznanie autorstwa – na tych samych warunkach), za wyjątkiem zamieszczonych w niej fotografii. Teksty można kopiować i rozpowszechniać na blogach i portalach internetowych pod warunkiem podania informacji o autorze i wydawcy.






Internetowy optymizm i pesymizm – Piotr Siuda

Na gdańskim Bibliocampie opowiedziałem o dwóch grupach internetowych badaczy. Do pierwszej należą  interentowi optymiści czerpiący inspirację z pomysłów prekursora pozytywnego patrzenia na internet – Nicholasa Negroponte. Naukowiec ten już w połowie lat 90. XX wieku w książce „Being Digital” zauważył, że sieć zapewnia „zdolność definiowania samego siebie”, czyli własnoręcznego konstruowania medialnej diety. Internet jawił się w oczach Negroponte jako przestrzeń bez kulturowych pośredników narzucających, co i jak ma być konsumowane.

Podobnie uważa wielu znanych cyberoptymistów. Część z nich (Yochai Benkler, Clay Shirky) twierdzi, że kształtowanie sieci przebiegające w sposób oddolny i bez pośredników jest dobre dla rozwoju demokracji. Zastępy politycznych blogerów i amatorskich dziennikarzy zapewniają polityczną transparentność na niespotykaną nigdy wcześniej skalę. Inni (Georg Ritzer, Don Tapscott, Anthony D. Williams) podkreślają, że rozwija się kultura prokonsumencka, której użytkownicy stają się zarówno producentami, jak i konsumentami różnych treści (na przykład serwisów internetowych typu Facebook). Oceniane jest to w kategoriach „wyzwolenia” z pęt przemysłu kulturowego i powstania emancypującej kultury bez pośredników.

Zupełnie inaczej twierdzą tak zwani Internetowi pesymiści, zauważający, że sieć wcale nie jest technologią prowadzącą wprost do powszechnego szczęścia. Wyróżniłem dwa typy osób tak uważających: sieciowych sceptyków oraz miłośników internetu,  którzy stracili wiarę.

Pierwszych nikt już nie traktuje poważnie. Neil Postman, Andrew Keen czy Nicholas Carr głoszą na tyle radykalne poglądy – i na tyle nietrafne – że patrzy się na nie z przymrużeniem oka. Jeśli ktoś twierdzi, że internet jest z gruntu zły i że cokolwiek i w jakikolwiek sposób byśmy w sieci nie robili, zawsze wpędzimy naszą kulturę i ekonomię w permanentny kryzys, to nie może liczyć na nic innego jak prześmiewcze komentarze. Ciekawsze są twierdzenia reprezentantów drugiej grupy. Są to badacze, którzy swoje książki czy artykuły przeważnie rozpoczynają słowami typu (dla wygody podaję w formie męskiej): „Kiedyś byłem zwolennikiem internetu, pracowałem nad jakimś startupem lub w jednej z firm z Krzemowej Doliny, mam w tym miejscu mnóstwo znajomych, lecz w pewnym momencie nadeszło zwątpienie, coś we mnie przeskoczyło i zrozumiałem, że błądzę. Internet wcale nie jest tak cudownym medium, za jakie się go uważa”. Ci, którzy przeżywają kryzys wiary, tęsknią do starych dobrych czasów, ale traktują je inaczej niż sieciowi sceptycy.

Postman, Keen czy Carr uważają je za czasy przedinternetowe, natomiast ci, którzy są miłośnikami, ale już nie wierzą, zazwyczaj twierdzą, że internet kiedyś był w porządku. Kiedyś, czyli wówczas, gdy pewne podmioty, nazwijmy je nowymi pośrednikami kultury, nie zaczęły zdobywać zatrważającej wręcz władzy nad życiem setek milionów ludzi. Utrata wiary wyraźnie podszyta jest obawą przed owymi pośrednikami, na przykład przed takimi gigantami jak Google czy Facebook. Firmy te obiecują rozwiązać wszystkie bolączki społeczne (Evgeny Morozov), a tak naprawdę powodują setki nowych, w tym przede wszystkim naruszają naszą prywatność (Lori Andrews, Joseph Turow) czy zamykają nas w tak zwanej bańce filtrującej (filter bubble – termin Eli Parisera). W tym ostatnim przypadku chodzi o personalizację, czyli dostosowanie internetowych treści do konkretnych użytkowników. To, że na Facebooku wyświetlają się wpisy tych samych osób oraz fakt, że ciągle czytamy artykuły na ten sam temat, ma być niekorzystne dla naszego rozwoju intelektualnego i partycypacji demokratycznej (najczęściej czytamy rzeczy rozrywkowe, bowiem najłatwiej wchodzą one do bańki, a nie skupiamy się na problemach społecznych). Ze względu na rozliczne problemy internet trzeba zmieniać, to znaczy zmniejszać potęgę nowych pośredników, najlepiej przez rządowe regulacje, co podkreślają niemal wszyscy miłośnicy, którzy stracili wiarę.

Pojawienie się owej kategorii pesymistów to sprawa nowa. Ten trend intelektualny zdobywa wpływy głównie w Stanach Zjednoczonych, choć można podejrzewać, że zadomowi się także w Polsce. Z pewnością jednak żadna grupa nie zniknie, tym bardziej że wiele osób obiera ścieżkę prowadzącą gdzieś pośrodku. Szukanie arystotelesowskiego złotego środka to najlepszy sposób, żeby z poglądów obydwu typów wydobyć coś inspirującego i tak kształtować sieć, aby odpowiadała naszym potrzebom. Należy się zwrócić w stronę zarówno optymistów, jak i pesymistów, jeśli chcemy, aby internet pozostał przestrzenią otwartą, ale jednocześnie nie przytłoczył nas swoją komercyjnością oraz naruszeniem prywatności.

 

Piotr_Siuda

Piotr Siuda – doktor socjologii, autor bloga Popblog. Wśród jego naukowych zainteresowań znajdują się między innymi socjologia kultury popularnej, społeczne aspekty internetu oraz społeczności fanowskie. Autor książki “Kultury prosumpcji. O niemożności powstania globalnych i ponadpaństwowych społeczności fanów.” (2012). Na blogu pisze o popkulturze, prosumpcji, internecie i książkach.

www.piotrsiuda.pl

 
 

Ten i więcej artykułów znajdziecie w publikacji „BiblioCamp, blogi, książki, ludzie”. Wydanie udostępnione jest na licencji CC-BY-SA 3.0 Polska (creative commons – uznanie autorstwa – na tych samych warunkach), za wyjątkiem zamieszczonych w niej fotografii. Teksty można kopiować i rozpowszechniać na blogach i portalach internetowych pod warunkiem podania informacji o autorze i wydawcy.

5 zasad dobrej współpracy blogerów z wydawnictwami – Dagny Kurdwanowska

Jeśli jesteś wydawcą:
  1. Nie mów „nie” tylko dlatego, że masz do czynienia z blogerem – dziś często to właśnie osoby prowadzące blogi  mają więcej do zaoferowania niż tradycyjne media.
  2. Śledź blogosferę – jest bardzo dynamiczna i wiele się w niej zmienia w krótkim czasie. Bądź na czasie i rób bazę blogów, które są dla ciebie interesujące. Łatwiej będzie ci wyłuskać te najlepsze i najciekawsze.
  3. Dokładnie precyzuj oczekiwania – blogerzy lubią konkretne wymagania i terminy.
  4. Pomyśl nie tylko o tym, co bloger może zrobić dla ciebie, ale też o tym, co ty możesz zrobić dla blogera. Dobra współpraca z blogosferą to szansa na zupełnie nowe pomysły promocyjne.
  5. Nigdy nie zapomnij o tym, że blogerzy naprawdę czytają książki. To rzadkie w tym kraju, więc doceń ich pasję i zaangażowanie.
Jeśli jesteś blogerem:
  1. Bądź przygotowany do rozmowy – proponując współpracę przedstaw konkretne i aktualne dane, np. o liczbie użytkowników swojej strony.
  2. Zwracając się do wydawnictwa, napisz wyraźnie, jaki rodzaj współpracy Cię interesuje – napisanie recenzji, zrobienie wywiadu, objęcie patronatu itd.
  3. To Ty musisz wiedzieć, czego chcesz i czego oczekujesz. Podeślij linki do swoich recenzji innych tytułów wydanych przez wydawnictwo, z którym chcesz współpracować. To zawsze mile widziane.
  4. Pytaj o konkretne tytuły i konkretnych autorów. Napisanie, że chciałoby się zrecenzować jakąkolwiek książkę nigdy nie wygląda przekonująco.
  5. Bądź otwarty na propozycje z drugiej strony – być może nie od razu dostaniesz to, na czym ci najbardziej zależy, ale twój profesjonalizm i elastyczność mogą zaowocować w przyszłości.

 

bibliocampdagnyDagny Kurdwanowska -  nałogowa pożeraczka książek, czekolady i innych słodkości. Uzależniona także od czarnej kawy i pisania. Nie zamierza z tym walczyć. Przez dekadę pracowała jako dziennikarka w rozmaitych działach kulturalnych, m.in. w Twoim Stylu i dzienniku Polska/The Times. Autorka książki „Biblioteka samobójców”. Dziś blogerka, recenzentka i jeden z mózgów serwisu poświęconego książkom Czytam w Wannie.

www.czytamwwannie.pl
 
 
 

Ten i więcej artykułów znajdziecie w publikacji „BiblioCamp, blogi, książki, ludzie”. Wydanie udostępnione jest na licencji CC-BY-SA 3.0 Polska (creative commons – uznanie autorstwa – na tych samych warunkach), za wyjątkiem zamieszczonych w niej fotografii. Teksty można kopiować i rozpowszechniać na blogach i portalach internetowych pod warunkiem podania informacji o autorze i wydawcy.

 

 

„Technologia na rzecz wydawnictw – przykłady rozwiązań” Marcin Niewęgłowski

Facebook, blogi, platformy crowdsourcingowe i crowdfundingowe, rozwiązania mobilne – to wytwory technologii, które odciskają swoje piętno w obecnym podejściu do prowadzenia biznesu.

Technologia jest wielkim wyzwaniem, a zarazem dostarcza nowych możliwości, nowych kanałów, dróg dotarcia do potencjalnej grupy odbiorców. Dotyczy to także firm – wydawnictw: książkowych i muzycznych. Poprzez ciągłą adaptację, muszą one orientować się w niezwykle dynamicznej i coraz bardziej skomplikowanej rzeczywistości biznesowej. W tym także być świadome zmian zachodzących w zachowaniach odbiorców.

Poniższe przykłady zastosowania technologii w biznesie mają na celu zainspirowanie wydawców do niekonwencjonalnych działań z zakresu marketingu i public relations.

PENGUIN BOOK INDIA – PENGUINSTAGRAM

Mobilne platformy stają się coraz bardziej popularne. Jedną z nich jest Instagram – aplikacja, za pomocą której użytkownicy mogą tworzyć (przy użyciu odpowiednich filtrów) „artystyczne” zdjęcia. Obecnie z Instagrama korzysta 150 milionów ludzi na świecie. Oddział Penguin Books w Indiach postanowił dotrzeć ze swoimi produktami do fanów literatury korzystających z tego rozwiązania. Strategię komunikacyjną dostosowano do realiów tej aplikacji. Na profilu Penguin Books India pojawiały się inspirujące zdjęcia, a ich podpisem – wyjaśnieniem były fragmenty jednej z książek dostępnych w tym wydawnictwie. Efektem tej kampanii było zwiększenie zasięgu dotarcia do potencjalnych odbiorców Penguin Books India. Wzrosła liczba osób śledzących ich profil na Instagramie. Akcja cieszyła się ponadprzeciętnym zaangażowaniem ze strony odbiorców.

 

 

PAN MACMILLAN  –  BLIPPAR 

Jeden z czołowych wydawców książek w Wielkiej Brytanii – Pan Macmillan – zaimportował nieco technologii przy wypuszczaniu na rynek dwóch książek: „Dead Man’s Time” Petera Jamesa oraz „Reviver” Seth Patricka. W tworzeniu okładek do tych powieści zastosował rozszerzoną rzeczywistość (augmented reality). Użytkownicy korzystający z aplikacji Blippar mają możliwość, po wcześniejszym zeskanowaniu książki, dostępu do dodatkowych, ekskluzywnych treści związanych z tymi tytułami: wideo rozmowy z autorem książki, jej zapowiedzi w formie filmu oraz informacji związanych z miejscem akcji – miastem Brighton. Dzięki połączeniu świata rzeczywistego i cyfrowego powieści wydawnictwa Pan Macmillan nabrały na atrakcyjności.

http://youtu.be/IGEc52rqSbA

 

DEUTSCHE TELEKOM –THALIA, WELTBILD, HUGENDUBEL, CLUB BERTELSMANN         

W Polsce operatorzy komórkowi starają się budować wartość dodaną – przewagę konkurencyjną za pomocą oferowania darmowego dostępu do platform streamingujących muzykę (Spotify, Deezer). Następnym obszarem ich zainteresowania będzie prawdopodobnie sfera e-booków. Świadczy o tym aktywność Deutsche Telekom na tym obszarze. Ten największy operator telekomunikacyjny w Niemczech, do którego należy sieć T-Mobile, wiosną tego roku połączył siły z czołowymi niemieckimi wydawnictwami. Celem tego partnerstwa było stworzenie Tolino Shine – czytnika e-książek, który zawiera 300 tysięcy pozycji. Jego cena kształtuje się na poziomie 99 euro.

AMAZON – AWEKEN BY AMAZON

Największy na świecie sprzedawca książek w sieci – Amazon – postanowił wesprzeć czytelnictwo w krajach rozwijających się. Przy zakupie książki za pomocą tej platformy adresat w momencie odbioru przesyłki był informowany o możliwości przekazania niepotrzebnych książek ludziom z Trzeciego Świata. Pozycje należało odesłać do Amazona. W zamian za to sprzedawca oferował darczyńcom darmowe wersje elektronicznych książek przekazanych na rzecz wspierania czytelnictwa w Indiach.   

 

MUSA OKWONGA – HEAVYWEIGHT

Obecnie w działaniach marketingowych i promocyjnych coraz częściej mówi się o budowaniu narracji, opowieści. A nikt tak dobrze nie przedstawia historii, jak poeci. Jeden z nich – Musa Okwonga postanowił wykorzystać swoje umiejętności do promocji swojego rodzinnego miasta – Londynu. Nagrał on wideo, w którym przechadza się po stolicy Wielkiej Brytanii, opowiadając jego historię w charakterystycznym dla siebie stylu. Materiał filmowy jest interaktywny – można go obracać, z uwagi na wykorzystaną technologię wykonania, o 360 stopni. Czasem  więc lepiej zainwestować we współpracę z lokalnym przedstawicielem świata literatury aniżeli wydawać pieniądze na działania outdoorowe, które nie przyniosą takich efektów, jak ten osiągnięty przez Okwongę.

 

RANDOM HOUSE – BOOKSCOUT

Facebook wraz ze swoją społecznością jest miejscem, gdzie ludzie dzielą się nie tylko swoimi opiniami, ale także słuchaną muzyką lub ostatnio (prze)czytanymi książkami. Niezwykle pomocne w tym względzie są aplikacje. Szacuje się, iż w przeciągu miesiąca z aplikacji związanych z książkami korzysta 40 milionów użytkowników tego portalu społecznościowego. Wydawca Random House postanowił dotrzeć do facebookowych odbiorców literatury w taki właśnie sposób. Stworzył on aplikację BookScout, za pomocą której chce on polecać swoje książki adekwatne do upodobań użytkowników. Innymi słowy, ten amerykański wydawca szuka sposobów na zwiększenie swojej sprzedaży poprzez spersonalizowane, społecznościowe działania.

 CODE RED – BOOKRAGE

W tym roku firma Code Red zorganizowała pierwszą w Polsce akcję „Humble Ebook Bundle”. Polegała ona na sprzedaży elektronicznych książek o danej tematyce (fantastyka, horror, sensacja) za dobrowolne wpłaty odbiorców. Pierwsza odsłona „BookRage” zakończyła się wielkim sukcesem. Sprzedano 1,6 tysięcy zestawów książek za średnio 23 zł. W sumie zebrano 37 tysięcy złotych, z czego do autorów fantastyki bezpośrednio poszło 25 tysięcy złotych. Druga odsłona „BookRage” została zorganizowana późną wiosną i dotyczyła powieści detektywistycznych oraz kryminalnych. W akcję włączyło się ponad 1,5 tysiąca fanów literatury, którzy średnio za zestaw książek zapłacili ponad 22 złotych. Podczas drugiej edycji „BookRage” udało się zebrać kwotę 34,5 tysięcy złotych.

www.bookrage.org

 

fot.Magda Kasperec i Janek TańskiMarcin Niewęgłowski – przedsiębiorca, konsultant, autor bloga Creative Industries. Interesuje się twórczymi rozwiązaniami na styku kultury i biznesu, nowymi mediami i przemysłami kreatywnymi. Finalista konkursu British Council „Young Creative Entrepreneur 2012″. Na blogu pisze o sektorze kreatywnym, public relations w kulturze, muzycznym know-how oraz synergii kultury i biznesu.

www.creativeindustries.co

 
 
 

Ten i więcej artykułów znajdziecie w publikacji „BiblioCamp, blogi, książki, ludzie”. Wydanie udostępnione jest na licencji CC-BY-SA 3.0 Polska (creative commons – uznanie autorstwa – na tych samych warunkach), za wyjątkiem zamieszczonych w niej fotografii. Teksty można kopiować i rozpowszechniać na blogach i portalach internetowych pod warunkiem podania informacji o autorze i wydawcy.

 

Dawcy i biorcy. Pożytki z crowdfundingu – Jarek Kowal

Długo crowdfunding wydawał się zjawiskiem ściśle związanym z branżą muzyczną. Sam miałem przyjemność wesprzeć wydanie albumu Amandy Palmer z kawałkami Radiohead zaaranżowanymi na ukulele, a o potencjale i korzyściach finansowania projektów realizowanych tą drogą rozmawiałem w 2011 roku z muzykami zespołu Rosetta, którym zorganizowałem w Polsce kilka koncertów. Sytuacja, gdy twórca nie musi ryzykować własnym wkładem finansowym, lecz sprzedaje produkt de facto jeszcze nieistniejący, wydaje mi się doskonałym rozwiązaniem, jeżeli priorytetem jest dzielenie się swoim wytworem bez ryzyka, a nie nastawienie na zarobek.

Pod koniec minionego roku trójmiejski zespół Drewnoformals właśnie poprzez crowdfunding postanowił zebrać środki do wydania swojego debiutanckiego krążka. Zaskoczyło mnie, że istniał i prężnie działał polski odpowiednik Kickstartera, ale jeszcze bardziej zdziwił mnie zakres zgłaszanych projektów – od budowy samochodu przez badania naukowe po wszelkiego typu wydarzenia.

Dopiero wtedy poszperałem w sieci i natrafiłem na mnóstwo niesamowitych przedsięwzięć. Niestety, te bardziej szalone (jak np.. budowa pomnika Hulka przed jedną z amerykańskich bibliotek czy zbiórka budżetu na nowe odcinki serialu „Twin Peaks”) rzadko osiągały choćby połowę ustalonego wkładu, ale jestem pewien, że tendencja będzie się zmieniać i ludzie zaczną postrzegać wkład rzędu 5 złotych jako realne wsparcie pozornie niemożliwego do urzeczywistnienia pomysłu.

Odkrycie serwisu PolakPotrafi.pl zbiegło się w czasie z dylematem związanym z publikacją książki. Nie jest tajemnicą, że wydawnictwa rzadko pokrywają pełne koszta wydania debiutu, a jako początkujący autor, parający się beletrystyką, nie miałbym najmniejszych szans na zewnętrzne dofinansowanie.

Kilka zaprzyjaźnionych osób, którym pokazywałem tekst, namawiało mnie do wstrzymania się i dalszego rozsyłania wydruków. Zaoszczędzenie kilku tysięcy złotych to perspektywa warta poświęcenia, ale po kilku dniach zauważyłem, że myśl o zalegającym na dysku pliku zmienia się w obsesję. Miałem już gotowy tekst i zainteresowane jego upublicznieniem wydawnictwo, tak przyziemna przeszkoda jak pieniądze nie mogła mnie powstrzymać.

Zdecydowałem się nie czekać kilka miesięcy, może nawet lat, aż ktoś da mi szansę i upatrzy we mnie komercyjny potencjał. Wziąłem sprawy w swoje ręce. Przy promowaniu akcji (roboczo nazwanej „daj piątala na Kowala”) poprosiłem o pomoc wiele zaprzyjaźnionych osób – na swoich profilach na Facebooku informację zamieścili m.in. mój brat Mariusz „ Kobaru” Kowal (fotograf i charakteryzator), zespół Drekoty i cała masa znajomych. Pomógł także Włodek Raszkiewicz z Radia Gdańsk, który gościł mnie w audycji „Kawałek świata i herbata”.

W rezultacie pieniądze na „Złego człowieka” wpłaciło bardzo wiele nieznanych mi osób. Przyznam, że działania „detektywistyczne” – dekodowanie loginów, odszukiwanie nazwisk po adresach mailowych – były dla mnie najbardziej ekscytującym elementem realizowania projektu. Nie chodziło o to, kto ile wpłacił, ale jaki zasięg może mieć tak skromnie zakrojona kampania promocyjna.

przemyslaw pachut
fot. Przemysław Pachut – numalab design collective

W ostatecznym zestawieniu 36 z 82 wspierających osób to ludzie, z którymi nigdy nie zamieniłem nawet zdania. Tak duże zaufanie jest bardzo nobilitujące. Myśl, że ktoś, kogo nawet nie ma „w znajomych” na Facebooku, przeczytał kilka fragmentów mojego tekstu i na ich podstawie zrobił przelew np. 40 złotych, doprowadza mnie do nieskromnej konkluzji, że już w pewnym sensie osiągnąłem sukces. Faktycznie sprzedałem już ponad 80 e-booków i około 40 fizycznych egzemplarzy książki, ale równie istotnym profitem z prowadzenia kampanii PolakPotrafi.pl jest sama reklama.

Sporadycznie zdarzają się wiadomości z pytaniem o  termin rozesłania książki do sklepów. Piszą osoby, które nie zdążyły wesprzeć akcji, a mimo to są zainteresowane zakupem „Złego człowieka”. W gruncie rzeczy sądzę, że crowdfundingbył najlepszą z możliwych dróg.Jakoinnowacyjny pomysł finansowania przykuwa uwagę mediów i tym  samym  pozwala  promować nie tylko akcję, ale także sam produkt.

Wiele razy recenzowałem, relacjonowałem, opisywałem, ale nigdy nie wychodziłem z roli biorcy. Tym razem jestem dawcą i z jednej strony cieszę się, że kilka upublicznionych akapitów pozwoliło mi na urzeczywistnienie marzenia, z drugiej jednak czuję już brzemię pokładanych oczekiwań. Mam nadzieję, że moi mecenasi nie będą zawiedzeni „Złym człowiekiem”, a jeśli w przyszłości będę chciał wydać kolejną książkę, to będę mógł liczyć na ich wsparcie.  Nie oszukujmy się – szanse na sukces w kraju, w którym czytelnictwo kuleje, są nikłe. Najprawdopodobniej przy ewentualnych kolejnych książkach, także będę szukał wsparcia za pośrednictwem crowdfundingu.

 

fot. Paweł Mordasiewicz
Jarosław Kowal – ex-działacz kulturalny (fundacja Plankton), ex-organizator koncertów (klub Ucho, festiwal Globaltica, agencja artystyczna Freakpointing), aktywnie uprawiający jeden z najbardziej zdewaluowanych zawodów świata – dziennikarstwo. Pracuje w lokalnych mediach (radio Fabryka, portal GdanskTown.pl, Kurier Gmin i Powiatu Gdańskiego) i naiwnie wierzy w siłę słowa pisanego. Pod koniec 2013 roku wyda debiutancką powieść pt. „Zły Człowiek”.
fot. Paweł Mordasiewicz

 

Ten i więcej artykułów znajdziecie w publikacji „BiblioCamp, blogi, książki, ludzie”. Wydanie udostępnione jest na licencji CC-BY-SA 3.0 Polska (creative commons – uznanie autorstwa – na tych samych warunkach), za wyjątkiem zamieszczonych w niej fotografii. Teksty można kopiować i rozpowszechniać na blogach i portalach internetowych pod warunkiem podania informacji o autorze i wydawcy.

 

Blogi warte uwagi – Artur Rogoś

Blogi stają się stopniowo pełnoprawnym elementem pejzażu medialnego. Ich wieloletni czytelnicy powiedzą zapewne, że stało się to już jakiś czas temu. Podobnie jak inne media, także blogi podlegają przemianom, stają się coraz lepsze, coraz bardziej profesjonalne. Nie dotyczy to jednak wszystkich blogów, a liczba aktywnych serwisów blogowych przyprawia o zawrót głowy. Analogicznie jak w piosence „Śpiewać każdy może…”, blogi pisać może każdy. I również ta twórczość ma swoje lepsze i gorsze egzemplifikacje. Dla osób niezaznajomionych z materią blogową poruszanie się w bezkresie blogosfery może być zniechęcające. Nie należy jednak zrażać się ogromem oferty, warto spróbować się w nią zagłębić. Pomoże w tym oczywiście wyszukiwarka internetowa oraz niniejszy miniporadnik.

Ten krótki tekst ma pomóc osobom niemającym doświadczenia z blogami jak rozpoznać dobry, wartościowy blog. Przedstawimy w nim cechy wartego uwagi bloga książkowego (ale nie tylko), przybliżymy typy blogów, na jakie trafić można podczas poszukiwań.

 

Cechy dobrego bloga książkowego:

 

nikt nie lubi czekać

w wirze dyskusji

nie tylko recenzjami żyje blog

bloger pisze od siebie proszę po polsku

Nikt nie lubi czekać

Dobrze, jeśli blog prowadzony jest systematycznie i wpisy pojawiają się regularnie. Nie chodzi o publikowanie w konkretne dni tygodnia, choć i to jest mile widziane. Wystarczy, jeśli bloger nie każe czekać miesiącami na kolejną notkę.

W wirze dyskusji

Solą blogów są komentarze pod wpisami umieszczane przez czytelników. Warto zwracać na nie uwagę, czytać oraz włączać się do dyskusji. Niejednokrotnie można w nich znaleźć interesujące polemiki ze stanowiskiem blogera, bywa, że ciekawsze niż sam wpis. Poza tym liczba komentarzy mówi sporo o samym blogu: czy jest poczytny, czy odwiedzający liczą się ze zdaniem autora, czy chcą go  czytać i komentować jego teksty.

Nie tylko recenzjami żyje blog

Na plus bloga o książkach działa również jego zróżnicowanie. Jeśli wpisy mają tematykę szerszą niż recenzowanie przeczytanych tekstów, urozmaica to serwis i daje odbiorcy szerszy kontekst. Poza recenzjami znajdziemy na blogach relacje z wydarzeń literackich, wywiady z pisarzami, wydawcami! Blogerzy biorą też udział w akcjach promujących czytelnictwo.

Proszę po polsku

To truizm, jednak wart zaznaczenia. Zwracajmy uwagę na język, styl, ortografię. Bloger posługujący się dobrą polszczyzną jest zazwyczaj wart czytania z powodów merytorycznych. Umiejętne posługiwanie się językiem jest przecież tym ważniejsze w przypadku blogów książkowych.

Typy blogów książkowych:

tematyczne

kulturalne

elektroniczne

specjalistyczne

Tematyczne

W zależności od tego, jakie książki czytamy, możemy znaleźć w sieci blogi odpowiadające naszym gustom. Są zatem blogi poświęcone kryminałom, książkom historycznym, reportażom. To dobre miejsce, aby zorientować się co warto przeczytać. Z dużym prawdopodobieństwem znajdziemy na takich blogach inspiracje do kolejnych lektur.

Kulturalne

Ważną i wartą śledzenia grupą są blogi, ogólnie rzecz ujmując, kulturalne, czyli takie, w których znajdziemy posty na wszelkie tematy związane z kulturą i sztuką. W tym wypadku kryteria oceny są takie same jak wspomniane powyżej. Wartość dodaną stanowi tu możliwość czytania tekstów poświęconych wszelkim zjawiskom kultury.

Elektroniczne

Są również blogi poświęcone książkom elektronicznym. To bardzo ciekawy segment blogosfery. Poruszana przez autorów tematyka dotyczy technologii, omawia zagadnienia sprzętowe, prezentuje najkorzystniejsze oferty księgarni internetowych w zakresie e-publikacji, a przez to popularyzuje czytelnictwo.

Specjalistyczne

Blogi specjalistyczne to miejsca także warte odwiedzenia w poszukiwaniu omówień książek. Są tym cenniejsze, że ich autorzy to często eksperci w swoich dziedzinach, których opinie mają wysoką wartość merytoryczną. Choć książki nie są w nich pierwszoplanowymi bohaterami, to warto czekać, aż się pojawią.

 

a.rogosArtur Rogoś -  od kilkunastu lat w branży wydawniczej. Pracował w wydawnictwie słowo/obraz terytoria, GWO, Tower Press, krótko w Gazecie Wyborczej. Obecnie w Europejskim Centrum Solidarności i usługowym projekcie wydawniczym Części PROSTE. Doktorant UG.

www.proste.com.pl

 
 
 

Ten i więcej artykułów znajdziecie w publikacji „BiblioCamp, blogi, książki, ludzie”. Wydanie udostępnione jest na licencji CC-BY-SA 3.0 Polska (creative commons – uznanie autorstwa – na tych samych warunkach), za wyjątkiem zamieszczonych w niej fotografii. Teksty można kopiować i rozpowszechniać na blogach i portalach internetowych pod warunkiem podania informacji o autorze i wydawcy.

 

Jakie blogi chcę czytać ? Aleksandra Kozłowska „Gazeta Wyborcza”

Blogi, portale, osiedlowe fora… Dziś niemal każda dzielnica Gdańska ma swoją internetową agorę. A to coś znacznie więcej niż popularne jeszcze kilka lat temu osiedlowe gazetki z ich przaśno pisanymi tekstami na temat za małych parkingów, luzem biegających psów czy problemów z zarządem spółdzielni. Dzielnicowe portale to prawdziwa kopalnia wiedzy o poszczególnych osiedlach i ich mieszkańcach – ich potrzebach, zainteresowaniach, poczuciu tożsamości z miejscem zamieszkania. A co w tych agorach przyciąga najbardziej?
Aktualność

Bycie na bieżąco to podstawa tego rodzaju działalności. Nikogo nie obchodzą wpisy sprzed tygodnia. Dobry portal to taki, do którego nowe wiadomości trafiają nawet kilka razy dziennie. Oczywiście wiadomości plus zdjęcia – bez nich strona nie żyje.

Lojalność

Niby to zrozumiale, ale może nie zawsze dostatecznie wykorzystywane. O ile w ogólnotrójmiejskich mediach trudno nieraz o miejsce na opisywanie kłopotów mieszkańców ul.Kwietnej z grasującymi tam dzikami, o tyle na osiedlowym portalu to istotna informacja. Skupienie się na własnym podwórku, bycie tu i teraz jest niezbędne, by utrzymać kontakt z miejscową społecznością.

Zaangażowanie autorów

To od razu widać – gdy ktoś w danym miejscu mieszka, gdy w nim dorastał, gdy zna lokalnych mieszkańców i lokalne urban legends, nie przejdzie obojętnie obok wyłysiałego trawnika, likwidowanej księgarni czy gigantycznej reklamy zasłaniającej pół zabytku. A skoro tego nie zrobi, to będzie o tym pisał, trąbił, nękał władze, mobilizował mieszkańców. Brakuje nam placu zabaw dla dzieci i ławek dla seniorów? Dobry portal zaprosi do współpracy młodych architektów, zorganizuje konsultacje społeczne, zaprosi do współpracy radę dzielnicy. I… dopnie swego – dzielnica wspólnie zagospodaruje zaniedbany skwer albo wybuduje miniskatepark. Zaangażowanie i skuteczność lokalnych dziennikarzy to rzecz bezcenna.

Pasja

Ją również widać na osiedlowych blogach. Z definicji blog jest autorski, własny, mniej informacyjny, bardziej subiektywny. To działka wszelkiej maści maniaków zafascynowanych historią swojej dzielnicy, niestrudzonych poszukiwaczy dawnych ciekawostek i archiwalnych fotografii, pasjonatów uwielbiających dokopywać się do korzeni przedwojennej nazwy jakiegoś zapomnianego zaułka. Blogi takich „drążycieli” to nieocenione źródło wiedzy, jakiej nie znajdziemy w szkolnych podręcznikach czy popularnych przewodnikach po mieście. Zwłaszcza wyszperane przez prowadzących je dawne zdjęcia, dzięki którym możemy zobaczyć jak np. ul. Grunwaldzka we Wrzeszczu wyglądała w 1933 r. i porównać tamten obraz z dzisiejszym, cieszą się zrozumiałym powodzeniem.

Interaktywność

Jeśli na danym blogu czy portalu brakuje komentarzy, to coś z nim jest zdecydowanie nie tak. Albo autor pisze o sprawach, które nie interesują czytelników, albo nie potrafi ich ciekawie „sprzedać”. Ludzie uwielbiają wymieniać się uwagami. Jeśli tylko wątek chwyci, będą go komentować, spierać się lub wspierać. Nawet dość banalna sprawa, jak miniagencja towarzyska w bloku, potrafi sprowokować użytkowników forum do wielodniowej aktywności, wymiany porad i doświadczeń. A to z kolei daje im poczucie wspólnoty.


 

ALEKSANDRA OLA KOZLOWSKAFOT. RENATA DABROWSKA / AGENCJA GAZETA

Aleksandra Kozłowska - dziennikarka „Gazety Wyborczej”, interesuje się szeroko rozumianą tematyką społeczną – od najnowszych trendów studniówkowych przez życie imigrantów w Trójmieście po historie osób bezdomnych. Intrygują ją dziejące się zmiany w Gdańsku: debata nad kształtem Młodego Miasta, przyszłość zaniedbanych zabytków i rewitalizujących się dzielnic, a także walka z wizualnym chaosem reklam. Autorka książki, zbioru felietonów pt. „Człowiek-Ziemniak kontra Kobieta-Bluszcz”.

fot. Renata Dąbrowska

Ten i więcej artykułów znajdziecie w publikacji „BiblioCamp, blogi, książki, ludzie”. Wydanie udostępnione jest na licencji CC-BY-SA 3.0 Polska (creative commons – uznanie autorstwa – na tych samych warunkach), za wyjątkiem zamieszczonych w niej fotografii. Teksty można kopiować i rozpowszechniać na blogach i portalach internetowych pod warunkiem podania informacji o autorze i wydawcy

„Dzieci w biblio-sieci” – materiał edukacyjny

„Dzieci w biblio-sieci” – to bezpłatna, elektroniczna publikacja dotycząca bezpieczeństwa w sieci uczennic i uczniów szkół podstawowych klas IV – VI.  Materiał powstał w ramach projektu BiblioCamp (www.bibliocamp.info) organizowanego przez Wojewódzką i Miejską Bibliotekę Publiczną w Gdańsku. Jest to podsumowanie warsztatu „Dzieci w biblio-sieci” prowadzonego przez Annę Miler i Grzegorza Stunżę. Ten sprawdzony w praktyce materiał skierowany jest do bibliotekarek, nauczycieli oraz animatorek kultury zajmujących się edukacją medialną, a zwłaszcza bezpieczeństwem w internecie ludzi młodych.

Anna Miler współautorka materiału i warsztatu zauważa: Dzieci uczą się, w jaki sposób bezpiecznie przechodzić przez ulicę, jak reagować, gdy ktoś traci przytomność, gdy zaczepia je nieznajoma osoba. Internet jest jak sieć autostrad, po których pędzą informacje. Jak się w nich nie zagubić? Jak nie dać sie nabrać i nie nabić sobie guza? Wychodząc z założenia, że należy o tych kwestiach rozmawiać, przygotowaliśmy kilkugodzinny warsztat, na którym poruszyliśmy wszystkie (lub większość) ważnych naszym zdaniem zagadnień związanych z bezpiecznym korzystaniem z internetu. Nie o to bowiem chodzi, żeby zabraniać dostępu do internetu, ale żeby mądrze korzystać z jego nieprzebranych zasobów.

Wydanie zawiera gotowy scenariusz warsztatu dotyczący bezpieczeństwa w sieci. Dodatkowo drugą jego część stanowi 10 zasad bezpiecznego korzystania z internetu, opracowanych przez młodych uczestników i uczestniczki wraz z prowadzącymi warsztat. Publikację uzupełniają materiały wykonane przez dzieci w trakcie warsztatu. Znajdują się w niej również linki i materiały, z których skorzystać mogą uczniowie i uczennice oraz nauczyciel i nauczycielki.

Pomysł warsztatu, jaki zrealizowaliśmy z Anną Miler w ramach BiblioCampu to tylko kropla w morzu potrzeb, ale pokazuje, że wystarczy naprawdę niewiele wysiłku, żeby nie tylko uświadomić uczniów, ale i nauczyć ich praktycznych umiejętności. Bo tak naprawdę dzieci, jeśli podrzucić im temat, chętnie same dyskutują i dochodzą do wartościowych wniosków. Potrzeba im tylko wskazówek, jak praktycznie skorzystać z tego, o czym często dobrze wiedzą – dodaje w komentarzu dr Grzegorz Stunża autor bloga www.eduaktormedialny.pl.

Publikacja dostępna jest na licencji CC-BY-SA Polska, co oznacza, że można ją zamieszczać m.in na stronach internetowych szkół, bibliotek, świetlic oraz serwisach edukacyjnych do czego zachęcają autorzy materiału. Wystarczy tylko podać źródło materiału. Organizatorzy BiblioCampu polecają dodatkowo krótki materiał wideo z warsztatu zawierający wypowiedzi młodych „ekspertów” i „ekspertek” do spraw bezpieczeństwa w sieci. Znajduje się on na kanale YouTube Biblioteki.

Pobierz publikację : Dzieci w biblio-sieci

biblio-sieci