Tag Archive for wywiad

Jest kultura w Gdańsku

fot.A.Mokwa

 

To ostatni wpis, przed przejściem BiblioCampu na własną domenę i planowanym dużym remoncie na blogu. Trafił się temat, który nie może czekać. Bloger jestkultura.pl na zaproszenie biura promocji miasta odwiedził Gdańsk. Mam nadzieję, że wywiad z Andrzejem Tucholskim posłużył nam za dobrą monetę, przed zbliżającym się BiblioCampem 2013.

 
 

Alicja Lipińska: Co bloger, Andrzej Tucholski robił w Gdańsku?

Andrzej Tucholski: Zostałem zaproszony przez miasto, aby spędzić tu sześć wypełnionych wrażeniami dni. Z jednej strony celem jest promocja Gdańska, pokazanie moim czytelnikom jego potencjału. Z drugiej jednak – prywatnie sądzę, że ważniejszej – na przełomie pobytu miałem przyjemność spotkać się i porozmawiać z kluczowymi dla gdańskiej kultury działaczami, aktywistami i pomysłodawcami. Zarówno na szczeblu wysokim (festiwale miejskie) jak i tym zupełnie przyziemnym (lokalni przewodnicy).

A.L: To chyba pierwsza w Polsce, a może nawet i na świecie sytuacja, w której Miasto zaprosiło blogera do promocji? Cieszę się, że właśnie Ciebie, blogera piszącego o kulturze. Słyszałam, że miałeś bardzo napięty harmonogram wizyty w Gdańsku. Sopot i Gdynię też udało się Tobie odwiedzić?

A.T: Gdy dowiedziałem się od dziewczyn z Biura Promocji Miasta o pomyśle to też zacząłem googlować podobne koncepcje i, no cóż, w języku angielskim mi żadna nie wyskoczyła. Wierzę w miękką, ale potężną wpływowość blogów i byłoby naprawdę super, gdyby ta nasza eksperymentalna akcja stała się przyczynkiem do późniejszych, dalszych inspiracji. Harmonogram był napięty do granic możliwości. Zwiedzanie offowych rejonów miasta (Zaspa + Biskupia Górka) wymieszane z kawami spędzanymi przy wspomnianych już lokalnych cudotwórcach wypełniało dni od rana do wieczora. Świetny, aktywny wypoczynek dla ciała i świetne, kreatywne styranie dla umysłu ) Do Sopotu wpadliśmy tylko do sceny Teatru Wybrzeże, Gdynia niestety musi poczekać do wakacji. Ja generalnie lubię całe Trójmiasto, choć rodzinę mam jedynie w Gdańsku. Trzy równie charakterystyczne miasta działające jako np. kulturowo jako jedna, zgrana metropolia to byłoby coś na skalę światową.

A.L: Chodzą takie słuchy i mówią to głównie mieszkańcy Gdańska, że tutaj się nic nie dzieje. A jakie są Twoje odczucia?

A.T: Znajomi Gdańszczanie sądzą, że najfajniej jest w Warszawie. Warszawiacy są wpatrzeni w Kraków i Poznań. Kraków i Poznań sądzą pewnie, że super jest w Gdańsku.  Muszę ten trend jeszcze zbadać, ale faktycznie coś jest na rzeczy, że ludzie mają średni kontakt z wydarzeniami we własnym mieście. W Gdańsku dzieje się BARDZO dużo, ale przyznaję, że jako mieszkaniec niespecjalnie wiedziałbym skąd się o tym dowiedzieć. Istnieją odpowiednie instytucje, ale wydaje mi się, że w 2013 roku ludzie nie mają nawyku sprawdzania „co by tu porobić, bo przecież mam tyle wolnego czasu”. Tutaj trzeba działać inaczej. Jak? O tym m.in rozmawialiśmy na tych naszych burzach mózgów.

A.L:  Niedługo stratujemy z warsztatami dla blogerów, którzy chcą albo prowadzą już bloga swojej dzielnicy. Może masz dla uczestników wskazówki, na co powinni zawracać uwagę promując swoje lokalne działania w internecie? A może poznałeś gdańską inicjatywę, którą warto wyróżnić?

A.T: Hm. Odpowiedź pewnie nie spodoba się klasykom, ale trzeba działać seksownie. To takie moje ulubione słowo na ogół działań, które oprócz wysokiej wartości merytorycznej i jakości będą też „nadawać prestiż” odbiorcom. Wpis polecający jakiś koncert jest spoko, może 5 osób się nim zasugeruje. Prawdziwą magią jest napisanie takiego wpisu, by ludzie nie mogli się powstrzymać i udostępnili go wszystkim swoim znajomym. A potem wpadli w 20 osób.

Ważny jest też kontekst. Autor musi być wyrazisty, czytelnik musi mieć świadomość kogo czyta. Sucha faktografia wydarzeń będzie niestety czytana jedynie przez skanujące internet robociki. Aby zaangażować ludzi trzeba stworzyć opowieść, wspólną przygodę, dzięki której coraz większe grupy ludzi zaczną świadomie działać dookoła projektu.

Inicjatywa, która najbardziej mi się spodobała w Gdańsku to koncepcja lokalnych przewodników. Każde miasto wymaga dokładnie tyle samo promocji na zewnątrz ile wewnątrz. Polacy mają problem z narodową dumą, z dumą płynącą z lokalnej świadomości zarówno historycznej jak i społecznej. Pomimo silnych na tym polu grup, tak generalnie, raczej nie mamy takiego poczucia „powera” jak np. Brytyjczycy. Brytyjczyk zawsze odpowie, że nie ma lepszego kraju niż UK. U nas z tym różnie.

Takie pokazywanie jednych dzielnic mieszkańcom drugich dzielnic (a lokalni przewodnicy, oprócz charyzmy i wielkiej wiedzy dot. miejsc znają też masę wciągających anegdot) to super metoda, by mieszkańcy np. Gdańska poczuli jedność pomiędzy poszczególnymi dzielnicami. Efekt może być zbawienny.  Warto też zainteresować tymi spacerami turystów. Terminy wycieczek są dostępne w sieci, warto je wpisać w kalendarz przy planowaniu pobytu.

Zamiast się rozpraszać, może warto się skupić

widownia1

Wywiad ze Sławomirem Czarneckim, autorem bloga o kulturze. Widowniablog.pl. porusza m.in zagadnienia dotyczące: edukacji, otwartości w kulturze, polityce kulturalnej, public relations,zarządzaniu projektem czy crowdfundingu.

A.L: Nazwa bloga „widownia”, chyba nie jest przypadkowa. Czy jest ona związana, z koncepcją  audience development, według której to w głównej mierze uczestnicy tzw. widownia powinna decydować o tym, jakiego rodzaju inicjatywy podejmują różne organizacje oraz instytucje.

 
S.CZ: Nazwa nie jest przypadkowa. Na początkupisałem tylko o teatrze i ważne było dla mnie konfrontowanie wyobrażeń ludzi teatru na temat widowni z rzeczywistością. Stąd wzięła się nazwa, jej wybór nie miał związku z koncepcją audience developement. To było w zamierzchłych, jak na blogosferę, czasach, bo w roku 2008. Brakowało mi wtedy rzeczowej dyskusji o kulturze w kontekście zarządzania i promocji. Później pojawiły się nowe tematy, podtytuł „o teatrze w punktu widzenia zarządzania, marketingu i public relations” stał się nieaktualny. Pozostała idea, pisząc o kulturze staram się „brać stronę” odbiorcy. 
 
A.L: Na swoim blogu wyraźnie zaznaczasz, że treści publikowane, są tylko i wyłącznie Twoją opinią. Na co dzień pracujesz w Instytucie Kultury Miejskiej w Gdańsku, blog też jest związany z kulturą. Wydaje mi się, że to odzielenie, nie jest do końca możliwe. Może gdybyś pisał bloga kulinarnego, ale widowniablog.pl jest blogiem o kulturze, a tym zajmujesz się też zawodowo.
 
S.CZ: Oddzielam i jestem przekonany, że warto tak robić. Podobnie jak na przykład autorzy bloga o marketingu i reklamie Adverblog, którzy pracują w branży i również oddzielają swoje opinie na blogu od punktu widzenia pracodawców. Pewnie gdybym był zatrudnionym w restauracji kucharzem, to pisałbym bloga kulinarnego i dodał na nim podobny zapis:)

A.L: Opublikowałeś na blogu tekst, którego kilka zdań zapadło mi w pamięci „…tradycyjne instytucje kultury nie mogą już dalej być centrami: jedynymi miejscami, w których możliwy jest kontakt z kulturą. Nie strzegą już kanonu. Podobnie domy kultury nie mogą już być centrum, które jest w stanie zgromadzić pod jednym dachem wszelkie aktywności i zaspokoić wszystkie potrzeby kulturalne. Instytucje te powinny raczej rozpoznawać i docierać do nisz obecnych w ich otoczeniu – dopełniać obraz. Zamiast się rozpraszać, może warto się skupić?”. Tekst ten zawarty jest również w publikacji, „Po co nam centra kultury?”. To bardzo ważny tekst.Czy instytucje zmierzają w tym kierunku, zaczynają dostrzegaćtzw. „nisze” ?
 
S.CZ: Dziękuję.Instytucje raczej zaczynają dostrzegać potrzebę zmian niż zmierzają w kierunku nisz. W tekście pozwoliłem sobie na zarysowanie wizji, dość radykalnej, ale możliwość zmiany nie zależy tylko od samych instytucji kultury, dobrej woli i świadomości pracowników. Potrzebne są zmiany systemowe, o czym z kolei, w nieco innym kontekście, pisze Mirosław Filiciak w tekście „Kultura niewolna od konfliktów”. Warto przeczytać.

A.L: Koordynujesz przedsięwzięcie Obserwatorium Kultury, gdzie powstały badania dotyczące różnych aspektów kultury, głównie na Pomorzu.Ukazały się już raporty: „Pozyskiwanie informacji o wydarzeniach kulturalnych w Gdańsku przez mieszkańców Gdańska”, „Dzieci sieci – kompetencje komunikacyjne najmłodszych”, „Poszerzenie pola kultury. Diagnoza potencjału sektora kultury w Gdańsku”. Wszystkie dostępne są na stronie Instytutu Kultury Miejskiej. Jakie nowe inicjatywy oraz wydarzenia planujecie ? Możesz już zdradzić coś więcej?
 
S.CZ: Tak, będą nowe projekty badawcze, a co za tym idzie raporty. Będziemy na przykład kontynuować, tym razem w partnerstwie z Fundacją Ośrodek Badań i Analiz Społecznych, badanie kompetencji komunikacyjnych dzieci i młodzieży. Zależy mi jednak na tym, żeby nie tyle generować nowości, co schodzić w głąb materiału, który już udało się zebrać i przeanalizować. Sam raport z badań „Poszerzenie pola kultury” ma w sobie tyle wątków, że jeszcze długo będziemy się nim inspirować i do niego wracać. Chciałbym podkreślić, że Obserwatorium Kultury w Gdańsku nie służy tylko prowadzeniu i udostępnianiu badań w kulturze. Bardzo zależy nam również na dyskusji i wymianie doświadczeń ludzi, szeroko rozumianej, kultury. Dlatego zapraszamy między innymi na spotkania KaWa – Kulturalna Wymianai na warsztaty dla osób zajmujących się kulturą.

 

Wywiad z agentkami z Misja: K.S.I.Ą.Ż.K.A.

Teoretycznie pisać bloga może każdy. Najłatwiej zaistnieć w blogosferze prowadząc blogi o tym, co może zainteresować jak największą liczbę osób. Wybrałyście sobie niełatwą drogę. Książki, to może jest nawet temat „trendy”, ale łatwiej zdobyć popularność pisząc blogi o gotowaniu, modzie oraz nowych technologiach, niż recenzje książek. Dlaczego blog o książkach?

 
Agentka Wilczex: Bo nic innego nie umiemy (śmieje się) A tak zupełnie poważnie, to jeśli chodzi o mnie, to z modą jestem na bakier, nowych technologii unikam jak diabeł święconej wody, a jak już coś zdarzy mi się ugotować, to zjadam to tak szybko, że nie mam czasu zrobić zdjęcia. Natomiast książki czytam zawsze i wszędzie, więc w pewnym momencie doszłam do wniosku, że zamiast opowiadać każdemu z osobna o świeżo przeczytanej książce, można to samo napisać na blogu.
Agentka Rose: Jesteśmy humanistkami do szpiku kości. Za namową Wilczex, zaczęłam pisać swoje opinie i recenzje o przeczytanych książkach na jednym z portali. Po jakimś czasie pojawił się pomysł, żeby to, co piszemy, publikować w jednym miejscu – na naszym blogu.Zazwyczaj bloga prowadzi jedna osoba. Dopiero z czasem, gdy blog zaczyna się rozrastać, powstają zespołu osób, które na nim działają. Wy, od samego początku bloga prowadzicie obie. Macie podział obowiązków?
 
W.: Blog od samego początku był skazany na nasz duet. Ja wpadłam na pomysł, powiedziałam o tym Rose, która przyklasnęła i dała kopniaka do działania. Bez niej zapewne bym dała za wygraną, bo jak już wspomniałam, technologia to dla mnie czarna magia. Zatem podział obowiązków wypłynął naturalnie – ja zajmuję się głupotami, a Rose całą resztą ;-)
R.: Praca w duecie jest motywująca. W sieci pełno jest blogów porzuconych, zapomnianych, zaprzestanych z powodu braku weny albo czasu. My możemy siebie poszturchać łokciem i przypomnieć: „hej, dawno nic nowego nie napisałaś, zabieraj się do roboty!”. Fajne też jest to, że interesujemy się zupełnie różnymi rzeczami, czytamy różne książki. Dzięki temu nasz blog trafia do szerszego grona czytelników.Rynek książek elektronicznych, a co za tym idzie również e-czytników wzrasta. Ma on swoich zagorzałych fanów jak i przeciwników. Milan Kundera we wszystkich umowach, jakie podpisuje z wydawcami zaznacza, że nie pozwala na wydawanie swoich książek w wersji elektronicznej. Zygmunt Bauman zrezygnował z Kindla’, ponieważ, „próbował zaginać ekran, ale się nie dało”. Dlatego pytam: Książka papierowa czy elektroniczna?
 
W.:  No to wykopałaś kość niezgody… ;-) Ja Kindla nie tykam, bo zaraz popsuję…
R.: Obie! (śmieje się) Rzeczywiście miałyśmy wiele rozmów ze sobą na ten temat. Ja uwielbiam mojego Kindle’a – jest mały, lekki i poręczny. Mogę mieć na nim kilkanaście książek, a bez problemu zmieści się w torebce. Zawsze zabieram go w podróż, bo to ogromna ekonomia miejsca i wagi bagażu. Widzę to tak: początkowo ludzie chodzili wszędzie pieszo, ale odkryli, że można osiodłać konia. Potem odkryli, że konie mogą ciągnąć karetę, dzięki czemu pojedzie więcej osób. Potem się okazało, że można jechać autem, w dodatku podróż zajmuje znacznie mniej czasu. Teraz na duże odległości latamy samolotami, kto wie, co będzie za dziesięć lat. Każdy z tych etapów miał swoje plusy i minusy, ale z każdym krokiem szliśmy do przodu. Podobnie mamy z książkami. Najpierw rzeźbili je w tabliczkach glinianych, potem skrobali na skórze bydlęcej, papirusie. Z czasem pojawił się papier i ktoś te wszystkie księgi żmudnie przepisywał w świetle świecy. Aż nagle jakiś geniusz wpadł na pomysł druku! Papierowe książki drukowane też zmieniały z czasem swoje oblicze, aż zaczęliśmy je wydawać w wersji elektronicznej. Myślę, że nasze obecne czytniki to taki „etap pierwszych samochodów”. Za kilka lat na pewno będą wygodniejsze w użyciu. Mimo mojej miłości do nowych technologii, tradycyjne książki też bardzo lubię. Marzy mi się domowa biblioteka z półkami od podłogi do sufitu – tego z tabletami i czytnikami nie uda się osiągnąć.

Otrzymałyście wyróżnienie jury w konkursie Blog of Gdańsk 2012.Czy otrzymanie wyróżnienia w konkursie wpłynęło na wasz blog? Pojawiają się nowe propozycje współpracy?
     

R.: Pojawiają się. A najbardziej mnie cieszy, że nie jesteśmy już szeregowym zwykłym blogiem, tylko ktoś nas zauważył i dodał nam mnóstwo motywacji.

W.: Na pewno to wyróżnienie zadziałało na nas jak pozytywne paliwo do działania i  rozwija bloga.

Bloga prowadzicie od 2011 roku. Współpracujecie już z kilkoma wydawnictwami. Kto pierwszy wyciąga rękę do współpracy, bloger czy wydawca?
 
W.: Zwykle to my piszemy do wydawnictw, które znamy i lubimy od wielu lat i proponujemy współpracę. Ale zdarza się również, że odzywają się do nas ludzie zwydawnictw, których nie znałyśmy wcześniej.
R.: Ostatnio tak się dzieje coraz częściej.
W. Do tej pory zawsze okazywało się, że mniejsze wydawnictwa też mają coś wartościowego do powiedzenia.